Reklama sponsorowana
gazeta_trzebinska_3

Romki na Końcu Świata – nowy cykl podróżniczy. Romki na Końcu Świata zapraszają na drugą stronę Atlantyku – prosto do dzikiego Meksyku.

Valladolid i okolice, gdzie cenoty z ręki jedzą.  Będzie o tym, co to właściwie są te cenoty, jak wydobywa się sól i co jedzą sępy.

Nasz kolejny przystanek to oddalone od Cancun o około 150 km Valladolid. Zaczynamy przyzwyczajać się do wyglądu tutejszych miasteczek. Przed głównym kościołem zielony plac z ławkami i oczywiście ulicznym straganami. W sam dzień przyjazdu widzimy niewiele. Kupujemy drobiazgi w markecie na kolację i odnajdujemy nasz hostel. To kolejne ciekawe miejsce, w którego pokoju z trudem jesteśmy w stanie się obrócić, gdyż łóżko zajmuje ponad 90% powierzchni. Ale za to jest czysto i tanio, wiec zdecydowanie spełnia nasze wymogi.
Wypożyczamy skuter i jedziemy ponad 120 km na północ, na wybrzeże.

Warto tu wspomnieć o zasadach poruszania się pojazdami mechanicznymi. Po pierwsze musicie wiedzieć, że prawie wszystkie ulice są jednokierunkowe. Tutejsze miasta budowane są na planie kwadratów, mamy więc cała masę przecznic i alei, wszystkich idealnie pod kątem prostym. Przy dojeżdżaniu do każdego skrzyżowania należy od razu zastanowić się, skąd może nadjechać inny pojazd.  Prócz prawa pierwszeństwa przejazdu mało czym należy się przejmować. Prędkość, strona ulicy- są tu raczej umowne. Zupełnie swobodna – wolna amerykanka

Po drodze mijamy ucztujące na samym środku jezdni stado sępów. Co jedzą sępy? – ścierwo zwierzaków potrąconych przez samochody. Nasz przejazd niespecjalnie je wzrusza, lekko tylko odsuwają się na bok. Sępy to ponoć zły znak. Na szczęście my nie jesteśmy na pustyni, tylko w terenie bardziej przypominającym dżunglę, a wspomniany omen w postaci skandalicznie brzydkich ptaszysk nie kołuje nad nami złowrogo, czekając aż staniemy się ich daniem głównym, tylko spokojnie zajada się ścierwem prosto z asfaltu.

Las Coloradas – małe rybackie miasteczko.

To był kawałek męczącej jazdy,  grubo ponad 2 godziny. Nie są one dla nas nawet w połowie tak niebezpieczne, jak zamówiona na postoju zupa. Rafał nie mógł już wytrzymać i w połowie drogi pierwszy raz zamawiamy coś, czego nie jesteśmy w stanie zjeść. Flaki po meksykańsku. Są po prostu słabo oczyszczone i cuchną wszystkim tym, co krowa ma w środku. Nie dajemy im rady, już po pierwszej łyżce wiemy, że polegniemy. Wreszcie docieramy na miejsce. W Las Coloradas wydobywa się sól w specjalnych odstojnikach. Największą atrakcją jest bajeczny kolor tych właśnie zbiorników, który tworzy się przez obecność żyjących w nim alg. Różowe Lagunas Rojas są jednak odwiedzane jedynie przez nieliczną rzeszę turystów z samego Meksyku. Po prostu ciężko to dotrzeć,  a dodatkowo samo miasteczko nie oferuje więcej atrakcji. Jednak widok różowych lagun jest tak atrakcyjny, że meksykanie przyjeżdżają tu nawet na ślubne sesje zdjęciowe.
Będąc w Las Coloradas możecie wykupić wycieczkę po całym terenie lagun za 250 peso za osobę. Wsiadacie wtedy na tył motocykla i wraz z przewodnikiem zwiedzacie okolice.

Co tu serwują? Tylko jedno danie. Podchodzicie do pudła, pokazujecie która ryba z porannego połowu podoba Wam się najbardziej. Następuje szybkie ważenie, po którym Wasza ryba ląduje w ogromnym garze pełnym wrzącego oleju, ustawionym na kamieniach, pod którym wesoło płonie ogień. I już zaraz jest na Waszym stole, serwowana z tortillą i sałatką z kapusty. Koszt takiego dania dla dwóch osób wraz z napojami i nieskończoną ilością tortilli to 40 zł. Niewielka wioska rządzi się swoimi prawami. Toaletę po skorzystaniu zalewamy tu wiadrem wody pobranej ze zbiornika na deszczówkę, ręce myjemy woda z podwieszanego baniaka. Jednak również to wpływa na magię tego miejsca. Żałując, że nie możemy zostać dłużej w tej zapomnianej przez świat osadzie, wsiadamy na naszego dzielnego rumaka o pojemności 150 cc i ruszamy w drogę powrotną. Oczywiście, nawet tutaj towarzyszy nam widmo polskiej niepogody. Łapie nas tak ogromna ulewa, że dalsza jazda staje się drogą przez mękę. Gdy wreszcie docieramy z powrotem do Valladolid,

Nad Valladolid kolejny raz wchodzi słońce. Przez kratki wentylacyjne naszego mikro- pokoju wpadają dźwięki budzących się tropikalnych ptaków. Pobliskie limonki i banany urosły od wczoraj o nanometry, czego oczywiście ludzkie oko nie może dostrzec. Na ulicę wychodzą panie ze świeżutkimi tortas i tostadas. To będzie pierwszy punkt dnia. Na krawężniku, otoczeni przez lokalnych mieszkańców w każdym wieku, spożywamy nasza porcję niebezpieczeństw. Widziane tylko przez nasze europejskie umysły napisy „nie jedz mnie” zaczynają powoli blednąć.

 

Najwyższy czas zapoznać się z tymi słynnymi cenotami.

Aby ułatwić Wam, Drodzy Czytelnicy, życie, spieszę z definicją. Cenota to po prostu dziura. Ale dziura niebylejaka, bo wydrążona przez podziemne wody w wapiennej skale. Twór ten nie ma odpowiednika w żadnym innym języku. Wewnątrz znajduje się woda o głębokości 30 do nawet 100 m. Boki zalanych jaskiń pokryte są skalnymi tworami oraz roślinnością. Zewsząd zwisają stalaktyty. Ludzie odwiedzający to miejsce twierdzą, że każda cenota jest inna. I chyba mają rację. Pierwszą z nich, Zaci, odwiedzamy w samym centrum Valladolid. Jest do połowy odkryta, dzięki wpadającym promieniom obserwujemy wspaniałą grę świateł.

 

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • Przebywając w dziwnych wyszynkach w Meksyku, wraz z mieszkańcami, kibicujemy bohaterom słynnych telenoweli. W momentach kulminacyjnych ma się wrażenie, że ludzie przestają oddychać, a muchy latać, w oczekiwaniu na dalszy bieg wydarzeń.
  • Przekąski do piwa. Są finezyjne i niezwykle tropikalne. Tutaj na pewno nie uraczą Cię orzeszkami. W małych miseczkach, sterowanych co każdą kolejkę jako gratisowy dodatek, znajdziecie kawałki ananasa z chili, smażoną wieprzowinę z cebulą, boczek, świńskie skórki z kapustą i chili i inne różności. Jak już przyzwyczaicie oko do niewidzialnych tabliczek „nie jedz mnie,  bom trujący i dam ci amebę” i zaczniecie je ignorować- korzystajcie ze wszystkich dobrodziejstw Meksyku. W końcu ponoć żyje się tylko raz.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Wchodząc do lokalu pełnego tubylców, mając tak inny kolor skóry, zawsze zwrócisz na siebie uwagę. Często ludzie patrzą się spode łba, nie do końca będąc zadowoleni z naszej obecności. Jest na to dobra rada- wchodząc zawsze przywitajcie się w tutejszym języku. Jak do tej pory zawsze działało, jako rozładowanie atmosfery. Przypuszczam, że jeżeli kiedyś nie zadziała warto dany lokal opuścić w bardzo szybkim tempie.
  • Nie bój się eksperymentować z nowymi smakami. Kolba kukurydzy na kijku z majonezem, serem białym i chilli oraz zawijane gofry z bananami, mango i żółtym serem okazały się strzałem w dziesiątkę. Z próbowaniem warto jednak czasem mieć umiar, gdyż smak flaków po meksykańsku przypominał nam się przy okazji każdego mijanego rancza w postaci unoszącego się wokół fetoru krowich placków.
  • Mówiąc o cenotach, posługujcie się liczbą pojedynczą (czyli cenote zamiast cenotes). W wolnym tłumaczeniu cenote oznacza meksykańską dziurę z wodą, a cenotes oznacza kobiece piersi. Wyobraźcie sobie sytuację, gdzie łamaną angielszczyzną, pytacie sowicie obdarzoną przez naturę meksykankę, aby wskazała drogę do cenotes. „Show me cenotes”. Podróże ponoć kształcą, jednak niejeden meksykański caballero mógłby uznać to za obraźliwe, przykładowo w odniesieniu do swojej siostry.

 

Joanna Romek

Reklama sponsorowana 1
gazeta_trzebinska_1

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj