Polityka to ciężki kawałek chleba

Gdyby nie piłka nożna i teatr, które kocham i praktykuję mimo objęcia fotela szefa gminy, ciężko byłoby poradzić sobie z ogromem stresu, który towarzyszy polityce – wyznaje Tomasz Siemek, burmistrz Alwerni.

Bank dawał kasę, ale mniej satysfakcji.

Pamiętam naszą rozmowę sprzed przeszło trzech lat, zaraz po tym, gdy objął pan stery w magistracie. Obawiał się Pan reakcji mieszkańców na to, jak zareagują, gdy w weekend podczas meczu zobaczą Pana w krótkich spodenkach kopiącego piłkę, albo w peruce odgrywającego scenki aktorskie, na przykład podczas Majówki u Bernardynów. Czy faktycznie była fala krytyki?

– Na początku przeczytałem kilka kąśliwych uwag w sieci. Postanowiłem sobie już wtedy, na początku kadencji, że mimo wszytko będę sobą. Jako burmistrz staram się działać profesjonalnie. Po pracy jednak potrzebuję się odstresować, czasem powygłupiać. Nic mi tak nie pomaga, jak bieganie za piłką. Tym bardziej, że moja amatorska drużyna osiąga sukcesy na boisku. Żałuję, że nie jestem już spikerem podczas niektórych meczów, ale na to brakuje już czasu. Znajduję go za to grając na scenie podczas Majówki, Jasełek czy imprez w przedszkolu.

A ten stres to z odpowiedzialności za podejmowanie decyzje?

– Także. Pracy jest naprawdę bardzo dużo, ale chodzi także o różnego rodzaju problemy mieszkańców. Czasami wystarczyłoby pięć minut roboty, na przykład zakopać dół łopatą. Oni jednak uważają, że to obowiązek gminy. Nie mamy w sobie niestety takiej obywatelskiej odpowiedzialności. Tak jak ze śmieciami. Nadal w naszej gminie są dzikie wysypiska śmieci. Robimy je sami. A przecież gdyby każdy z nas dbał o otoczenie, życie byłoby o wiele prostsze, a pieniądze które ponosimy opłacając patrole, które sprzątają ten bałagan, mogłyby trafić na potrzebne inwestycje.

Mimo tych interwencji, nie zawsze życzliwych uwag, nadal chce Pan być burmistrzem i będzie starał się o reelekcję…

– Bo pokochałem tę pracę. Traktuję ją jako misję i chciałbym jeszcze wiele dobrego zrobić. Czasami tak z żoną mówimy sobie, czy mógłbym wrócić do banku, gdzie jako audytor zarabiałem więcej niż jako burmistrz ale w życiu nie chodzi tylko o pieniądze. Choć to była fajna praca nie dawała aż takiej satysfakcji. Tutaj każda załatwiona sprawa cieszy jak każdego gospodarza, który zrobi coś dla swego domu.

Konkurentów do tego, by Pana podsiąść może być wielu.

– Na razie żaden oficjalnie się nie ujawnił. Każdego jednak będę traktował z szacunkiem a podczas kampanii będę chciał przekonać mieszkańców do swoich racji. Na pewno nie będę nikogo oczerniał czy podważał jego osoby.

Największą bolączką gminy Alwernia jest brak dużych inwestorów. Macie piękne tereny, które aż proszą się o powstanie strefy gospodarczej. Nic się jednak nie dzieje.

– Właśnie ostatnio dużo się dzieje… Niedawno słynne kopuły trafiły w ręce nowego właściciela. Jest szansa, że dzięki jego planom Alwernia stanie się jednym z najciekawszych punktów na mapie turystycznej Małopolski. Trwają już też rozmowy z dwoma dużymi inwestorami ale na tym etapie szczegółów jeszcze zdradzić nie mogę. To właśnie spełnianie tego o czym mówiłem przed objęciem stanowiska burmistrza.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Pana aktorstwa, bo nie każdy wie, że te występy w Alwerni nie wzięły się z sufitu. Jest Pan po szkole aktorskiej.

– Wszystko zaczęło się w szkole podstawowej, gdy zawsze chętnie reprezentowałem klasę przy recytacji wierszyka. Nie miałem z tym problemów. Szybko uczyłem się tekstów, miałem niezłą dykcję i nie stresowała mnie „publiczność”. Nauczyciele odkryli mój talent i to dzięki nim postanowiłem zdawać do XXI liceum w Krakowie. W tamtych czasach egzaminy były tak trudne, jak niemal na studia aktorskie. Pamiętam, że musiałem zagrać kolor czerwony. To było nie lada wyzwanie, ale podołałem. Po szkole dostałem się do Teatru KTO. Tam szlifowałem aktorski talent przez 12 lat. Do czasu aż postanowiłem założyć rodzinę i znaleźć bardziej stabilną pracę.