Kategorie
Aktualności Gazeta Trzebinska Rozrywka

Kurtyna jeszcze nie opadła

Mocne rockowe nuty przeplatają się z melancholijnymi dźwiękami, by za chwilę zaskoczyć uderzeniem psychodelicznych, poszarpanych brzmień.

W połączeniu z niebanalną poezją powstaje zupełnie nowa jakość na lokalnej scenie muzycznej. Kurtyna to bez wątpienia zespół, który może stać się wizytówką powiatu chrzanowskiego. Ich debiutancki, studyjny krążek „32-500” polecamy każdemu koneserowi szeroko pojętego rock and rolla.

Kurtynę tworzą doświadczeni muzycy: Daniel Pytlik – Cochise (wokal,organy, pianino), Tomasz Plata – Koyot (gitara, drugi wokal), Piotr Stokłosa – Luzak (bas) i Artur Jonik – Johny (perkusja). Ich płyta to osiem numerów z mieszanką mocniejszego rocka, elementami grunge, bluesa i wyraźnym wpływem Morissonowskiej estetyki, która szczególnie inspiruje
charyzmatycznego wokalistę „Kurtyny”. Płytę można zamówić na facebookowym profilu kapeli za rozsądne 25 złotych.

Chłopaki mają za sobą kawał muzycznej historii. Gitarzysta Tomek współtworzył Borderline, Daniel – ZAŁOŻYŁ I PROWADZIŁ Trafo, Johny grał w Hash’u, A LUZAK GRAŁ W SPLOCIE I W PEYOTL. Kilka lat temu los zetknął ich na swojej drodze i tak narodził się nowy – oryginalny ZESPÓŁ. –Doskonale się uzupełniamy. Choć każdy ma nieco inne inspiracje muzyczne, Razem tworzymy NASZE , niepowtarzalne brzmienie wyróżniające

Kurtynę na tle innych kapel – podkreśla ARTUR , perkusista zespołu. Teksty, a właściwie poezje, pisze głównie Daniel. Kilka utworów jest dziełem Tomasza. Muzyka powstaje wspólnie. – Panuje u nas pełna demokracja. Jak się któremuś coś nie podoba, korygujemy na bieżąco. Nikt nie ma monopolu na MUZYKĘ – podkreślają zgodnie panowie.

Spotykają się co najmniej raz w tygodniu w podziemiach podstawowej „Jedynki” przy ul. Borelowskiego 1 w Chrzanowie.

Na pytanie, skąd pomysł na nazwę kapeli, Daniel, frontman zespołu tłumaczy jak na poetę przystało: „Autorska Całość, czyli muzyka oraz poetyckie teksty są jednością. Przenikając, malujemy inaczej, tworzymy naszą Kurtynę /widmopole/ łączącą fikcję z rzeczywistością egzystencji ludzkiej, czasami wzniosłej, ale też marnej. Jesteśmy ludźmi słowa, wina i tychże dźwięków, które drążą zakątki naszej podświadomości ”. Taki sam opis można przeczytać na okładce płyty.

„32-500” jest podsumowaniem NASZEJ pięcioletniej TWÓRCZOŚCI I MIŁOŚCI DO SZTUKI, a przede wszystkim przyjaźni. – Jesteśmy jak rodzina. Lubimy z sobą przebywać, spotykamy się prywatnie – podkreśla Daniel. – Wiadomo, każdy z nas chciałby pokazać kurtynę szerszej publiczności oraz jak najwięcej grać KONCERTÓW – dodaje gitarzysta Tomasz Plata – ale to nie cel sam w sobie. Celem jest muzyka, przyjaźń i KLIMAT.

Kurtyna zagra na tegorocznych Dniach Chrzanowa 2019 i Zlocie motocyklowym nad trzebińskim Balatonem JEDNAK chłopaki najlepiej czują się  na klubowych imprezach. – Wiadomo, SUPER JAKBYŚMY ZAGRALI NA POLSKIM WOODSTOCKU–CZY OPENER FESTIWAL uśmiechają się – ale będziemy ROCK’N’ROLLOWAĆ, gdzie się da– dodają zgodnie.

Kategorie
Gazeta Trzebinska Rozrywka

Szach Mat czyli rozmowa z Januszem Szczęśniakiem

Kocham szachy, wierzę w ludzi, moją dumą są wnuczęta. Jestem spełnionym politykiem i nie ciągnie mnie do „burmistrzowania” – mówi Janusz Szczęśniak, Starosta Chrzanowski w wywiadzie dla Gazety Trzebińskiej.

Kilka lat temu startował Pan w wyborach na szefa trzebińskiej gminy. Dlaczego, teraz gdy to Panu proponowano objęcie funkcji komisarza w gminie Trzebinia po śmierci burmistrza Adamczyka, nie zgodził się Pan na tę nobilitację?

– Bo nie zamierzam startować w wyborach na burmistrza Trzebini. Czuję się spełniony jako Starosta Chrzanowski i wiem, że mam tutaj jeszcze dużo do zrobienia. Oczywiście nikt nie zagwarantuje mi miejsca w Radzie Powiatu, a potem, że ewentualni koledzy radni wybiorą mnie na swego przełożonego. Mimo wszystko będę prosił wyborców, aby mi zaufali.

Aktualnie kończy Pan swoją drugą kadencję starosty. Zaczynał Pan w 2006 roku. Potem starostą był Adam Potocki z Platformy Obywatelskiej przez cztery lata, by w 2014 roku znów ustąpić Panu miejsca. Nie korciło Pana przez tamte lata, by zmienić barwy z PiSu na PO? Tym bardziej że Pana partia troszkę zagrała nie fair, wystawiając w wyborach parlamentarnych do Senatu inną osobę, choć to Pan miał być liderem.

– Może i było mi wtedy troszkę przykro, ale nigdy nie pomyślałem o przejściu do innego ugrupowania. Po pierwsze utożsamiam się z głównymi założeniami PiS, choć nie jestem radykałem. Staram się patrzeć na problemy przez pryzmat człowieka i bardzo indywidualnie. Ponadto uważam, że przechodzenie z partii do partii w zależności od tego, kto akurat jest na topie, jest nieuczciwe, a już na pewno niewiarygodne.

Odejdźmy na chwilę od polityki. Rozsławił Pan powiat chrzanowski swoją pasją, którą są szachy. Klub sportowy Hetman Koronny, który jest Pana „dzieckiem” odnosi coraz to większe sukcesy. Jego zawodnicy niedawno przywieźli z XXV Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży czwarte miejsce drużynowo. Ma Pan w gablocie setki podobnych prestiżowych nagród dla klubu.

– To moje oczko w głowie i duma. Zaczęło się, gdy miałem 11 lat. Złamałem nogę, jeżdżąc na nartach. Wtedy znudzony siedzeniem w domu skusiłem się na partyjkę szachów z tatą. Wciągnęło mnie. Tata był amatorem, ale stryj Stefan był szachistą z osiągnięciami. W wieku 13 lat udało mi się go pokonać. To było coś…

Szachy uczą nie tylko cierpliwości i logicznego myślenia. Ludzie, którzy w nie grają, są ponoć lepszymi strategami.

– To prawda. Ta umiejętność przydaje się nie tylko w polityce. Ja na przykład przed podjęciem ważnych decyzji zawsze dokładnie analizuję wszystkie za i przeciw. Raczej nie zdarza mi się działać pochopnie. I to popłaca.

Miłością do szachów zaraził Pan swoją wnuczkę Milenę. W wieku 8 lat wywalczyła już wicemistrzostwo Polski w swej kategorii wiekowej.

– Pękam z dumy. Nie tylko z Milenki, ale też z pięciorga pozostałych wnucząt. Każde jest cudowne i bardzo mądre. Zresztą lubię się chwalić także moimi dziećmi. Dwoje z nich ma tytuł naukowy – doktora. Jeden syn jest znanym lekarzem ortopedą, córka jest ekonomistką, a drugi syn – wybitnym informatykiem, który programuje dla amerykańskiej firmy.

Wróćmy do starostwa. Za Pana kadencji udało się wyremontować sporo dróg, choćby Grunwaldzką, Słowackiego czy Jana Pawła II w Trzebini. Powstał Powiatowy Ośrodek Wsparcia Dziecka i Rodziny w Chrzanowie czy Powiatowe Centrum Kształcenia Ustawicznego. Jednak nie ma wyłącznie samych sukcesów. Co jest Pana największą piętą achillesową?

– Niestety bolączką jest aktualna sytuacja w chrzanowskim szpitalu. Jego sytuacja finansowa nie jest najlepsza lekarze i pielęgniarki nie raz już protestowali. Widzę jednak światełko w tunelu. Udało nam się pozyskać prawie 17 mln zł środków zewnętrznych, które w ciągu najbliższych dwóch lat będziemy mogli wykorzystać na nowoczesną aparaturę medyczną, rozbudowę oddziału położniczo – ginekologicznego i poprawę infrastruktury SOR.

Czyli prywatyzacja szpitala nam nie grozi?

– Nie. Chcę, by pozostał nadal Szpitalem Powiatowym i głęboko wierzę, że uda się przywrócić jego dobrą kondycję finansową. Mam nadzieję, że będzie jeszcze wizytówką naszego powiatu.

Wakacje za pasem. Wybiera się Pan gdzieś w tym roku?

-W czasie wakacji odbywają się rozgrywki ligowe w szachach. Nie mogę tego opuścić. Mam jednak nadzieję, że uda się gdzieś wyrwać, może w nasze polskie góry albo nad morze. Na pewno w wolnej chwili wskoczę też na ukochany rower. Lubimy z żoną wycieczki rowerowe po okolicznych, pięknych lasach – nad Trzy Stawy w Dolinie Żabnika, na Sosinę i do Bukowna. Można się dobrze zrelaksować.

Kategorie
Aktualności Rozrywka

Lekarz od cudów pochodzi z Libiąża

„Promotor Polski” to tytuł przyznawany osobom, których osiągnięcia na polu naukowym, biznesowym lub kulturalnym budują wizerunek naszej marki narodowej, a także które poprzez swoje dokonania i zaangażowanie przyczyniają się do propagowania oraz umacniania pozytywnego wizerunku Polski.

Neurochirurg, profesor Marek Harat, kierownik Kliniki Neurochirurgii szpitala wojskowego w Bydgoszczy otrzymał prestiżowy tytuł: „Promotor Polski”. Pochodzący z Libiąża lekarz jest jednym z najwybitniejszych w Polce i Europie. Zarząd Fundacji Godła Promocyjnego „Teraz Polska” docenił profesora Harata za dokonania na polu neurochirurgii.

Libiążanie pękają z dumy. Jacek Latko, burmistrz Libiąża zna profesora Harata osobiście. – Jest lekarzem z powołania, skromnym, otwartym – komplementuje Harata, twierdząc, że nie spotkał się z tym, żeby odmówił komukolwiek pomocy. – Bardzo chętnie angażuje się w życie naszej gminy. Cyklicznie finansuje nagrody w konkursie historii w podstawowej „jedynce” w Libiążu – zaznacza, burmistrz Lako dodając, że profesor Harat jest po prostu dobrym człowiekiem, który służy innym ludziom.

Prof. Harat na co dzień pracuje w bydgoskiej klinice. Pacjenci mówią o nim „lekarz od cudów”. Zasłynął, wykonując szereg nowatorskich operacji i zabiegów psychochirurgicznych, które kwalifikowały się jako „eksperymenty medyczne”.

Jednym z najbardziej spektakularnych był ten z 2008 roku, gdzie profesor Harat wszczepił choremu z depresją 45-latkowi stymulator nerwu błędnego. Wcześniej takie zabiegi wykonywano jedynie w Niemczech, Stanach Zjednoczonych czy Szwajcarii. Lekarz pochodzący z Libiąża zrobił to jako pierwszy w Polsce. Cztery lata później wyleczył 19-latkę z patologicznej otyłości za pomocą operacji psychochirurgicznej. Dziewczyna przestała odczuwać patologiczne łaknienie.

Profesor Harat ma na swoim koncie także m.in. pierwszą próbę operacyjnego leczenia agresji w kraju czy chirurgiczną pomoc chorym na Parkinsona.

Jego medialna sława rozpoczęła się jednak już w 2002 roku, gdy przed telewizyjnymi kamerami przeprowadził pionierską operację u 40-letniego pacjenta cierpiącego na stany lękowe i natręctwa. Przez niewielki otwór w czaszce wprowadził do mózgu elektrodę i zniszczył połączenia między jądrami podstawy mózgu a korą przedczołową. Po operacji objawy chorobowe zniknęły.

– To wielki człowiek. Prawdziwy geniusz, cudotwórca – uśmiecha się Anna Pactwa z Libiąża. Choć nigdy nie poznała osobiście lekarza jest bardzo dumna, że pochodzi z tej samej miejscowości. – Dzięki takim ludziom jak pan profesor możemy mieć nadzieję na dłuższe i lepsze życie – podkreśla. Libiążanka dodaje, że profesor Harat ma równie zdolnego brata, Rafała Harata, który jest z kolei pulmonologiem. Prowadzi w Libiążu specjalistyczny gabinet internistyczno-pulmonologiczny i cieszy się wielkim zaufaniem pacjentów.

Magdalena Balicka

Kategorie
Gazeta Trzebinska Rozrywka

Prowizorium – młody i piekielnie ambitny zespół prosto z Trzebini

Zespół Prowizorium twardo stawia swoje kroki na lokalnej scenie muzycznej. O pozytywnym odbiorze przez krytyków i publiczność, świadczy fakt otrzymania nagrody Grand Prix na festiwalu Chrzanowska Lokomotywa oraz dostanie się do finału polskiej edycji międzynarodowego młodzieżowego konkursu muzycznego Imagine Poland. Muzycy zespołu postanowili zdradzić kilka szczegółów z dotychczasowej twórczości, osiągnięć i planów na przyszłość. Z członkami zespołu rozmawiał Filip Lach. Zapraszam do lektury!

Pomysł na kapele zrodził się w głowie nastoletniego Szymona Czermaka, który marzył o byciu gwiazdą rocka. Reszta jak to często bywa, jest przypadkowym splotem wydarzeń, materializując ten koncept. Łącząc mocną, psychodeliczną muzykę z tekstami, w których opisana jest codzienność, przeżycia wewnętrzne i dylematy, z jakimi spotykamy się na swojej drodze, młodzi muzycy chcieli zaakcentować emocje, które muzyka wywołuje w ludziach, zarówno odbiorcach jak i wykonawcach. Ich występy na żywo można obejrzeć m.in. w Chrzanowskim Pubie Jamajka albo Starej Kotłowni.  Do szczególnego wyróżnienia jak sami przyznają, należy zaliczyć uczestnictwo w Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej w Warszawie.

Aleksandra Ślusarczyk, Tymoteusz Dudek, Miłosz Wołoch, Szymon Czermak , Kamil Warchoł, bo o nich jest mowa, do swoich sztandarowych utworów zaliczają, m.in. Nie śpij i Tysiące lat. Na ich profilu youtubowym można znaleźć część aranżacji muzycznych, reszta na ich pierwszej EP-ce, która ukazać ma się jeszcze w tym roku.

Filip Lach: Nazwa Waszego zespołu jest krótka i tajemnicza. Co się za nią kryje?

– Prowizorium, czyli stan przejściowy. Początkowo miał to być tytuł piosenki, jednak stwierdziliśmy, że to słowo dobrze nas opisuje, bo nie jesteśmy już dziećmi, ale też nie całkiem dorośli. Muzyka pozwala nam się z tym zmierzyć.

F.L: Od kiedy zaczęliście poważnie myśleć o kapeli? Jak przebiegały początki tworzenia grupy?

– Początki często bywają trudne. Minęło dużo czasu, zanim się poznaliśmy na tyle dobrze, żeby zacząć pracować jak jeden organizm. Pewnie jeszcze długa droga przed nami. Każdy z nas ma nieco inne podejście, ale wszyscy dążymy do tego, by być ciągle lepszym. Jeżeli chodzi o historię, to wszystko zaczęło się w sali muzycznej w gimnazjum. Początkowo chodziło głównie o dobrą zabawę i wspólne spędzanie czasu. Gdyby nie zespół, prawdopodobnie nigdy byśmy się nie zaprzyjaźnili. Jesteśmy z odmiennych środowisk. Z czasem zaczęliśmy to traktować poważnie, wszystko nabrało tempa i teraz nie wyobrażamy sobie życia bez prób, koncertów i ogólnie rzecz biorąc muzyki.

F.L:  Zapewne inspirujecie się jakim nurtem czy konkretnym wykonawcą. Jak możecie się scharakteryzować?

– Każdy z nas słucha nieco innej muzyki, dlatego ciężko jednoznacznie określić czym się inspirujemy. Łączymy ze sobą bardzo różne gatunki i każdy inspiruje się czymś innym, ale w rezultacie zawsze osiągamy kompromis i powstaje coś, co opisuje nas wszystkich i łączy nasze gusta.

F.L: Jedyna dziewczyna Aleksandra Ślusarczyk w zespole nie ma zapewne łatwo – jak osiągacie kompromis?

– Przede wszystkim staramy się rozmawiać o tym co nam nie odpowiada i w miarę możliwości uwzględniać wszystkie zastrzeżenia i pomysły. Jeżeli jest się wśród ludzi, którzy cię rozumieją i wyznają podobne wartości, to płeć nie ma znaczenia.

F.L: Stawiacie na niezależność, w tym wymiarze muzycznym i stylistycznym.

– Stawiamy na oryginalność. Nie chcielibyśmy być do nikogo porównywani i sami też się do nikogo nie porównujemy. Mamy własne pomysły, styl i tym się kierujemy.

F.L: Kiedy premiera materiału, nad którym tak rzetelnie pracowaliście przez ostatnie miesiące?

– Póki co ciągle pracujemy nad tym, aby wszystko brzmiało tak, jakbyśmy tego chcieli. Nie możemy dopuścić do sytuacji, w której za kilka lat będziemy żałować, że nie zrobiliśmy tego lepiej. Jednym z naszych celów na ten rok jest wydanie EP-ki, ale czas pokaże kiedy to nastąpi.

Życzymy samych sukcesów.

Filip Lach

Kategorie
Gazeta Trzebinska Rozrywka

Serce Moniki bije w afrykańskim rytmie

Bierzesz na ręce małe ciemnoskóre dziecko, a ono przytulając się do ciebie prosi o kromkę chleba. To uczucie, które odbija znamię na twym sercu i sprawia, że w jednej minucie przewartościowujesz swoje życie – mówi Monika Wojtoń z Okleśnej. Od trzech lat jeździ regularnie do Afryki z misją pomagania czarnoskórych miejscowym.

38-letnia Monika Wojtoń z Okleśnej pod Alwernią oddała serce afrykańskim dzieciom. Właśnie wróciła z Zambii, gdzie wraz z koleżankami z fundacji ASBIRO urządziła małym tubylcom salę lekcyjną. Zakupiła ławki, komputery, przybory szkolne. To był jej czwarty wyjazd z misją do Afryki. Wcześniej w jednej z wiosek m. in. wyremontowała szkołę.

Zaczęło się od urodzinowych wakacji. By zdmuchnąć 35 świeczek na torcie pojechała pierwszy raz do Kenii. To miała być super przygoda w egzotycznym klimacie. Nie sądziła, że ludzie i miejsca na zawsze odmienią jej życie. – Zobaczyłam biedę. Bose, głodne dzieci. Wszystkiego im brakowało – wspomina Monika Wojtoń. Już wtedy wiedziała, że to nie będzie zwykła urodzinowa beztroska impreza. Doskonale pamięta to uczucie bezradności, które poczuła zaprzyjaźniając się z miejscowymi. Wiedziała, że nie może pomóc wszystkim. Mimo to w jej głowie już wtedy urodziła się misja. Chciała tu wrócić i to nie z pustymi rękami.

Po powrocie do Polski zaczęłam planować kolejny wyjazd do Kenii – wspomina. Wysłała miliony maili i wykonała setki telefonów do przyjaciół otwierając ich serca na Afrykę. Powołała do życia nową fundację „Misja Serca – Kenia”, dzięki której Monice udało się zebrać wokół siebie grupę wrażliwych ludzi. Za pierwsze zebrane pieniądze, prawie 8 tysięcy złotych udało się naprawić dwa dachy w tamtejszej szkole. Wystarczyło też na kilka ławek.

Ich wdzięczność była nie do opisania – przekonuje Monika. Wspominając tamten wyjazd przed oczami ukazuje się postać małego czarnoskórego chłopczyka. Bosy, w koszulce z wielką dziurą odsłaniającą brzuszek przyglądał się jej uważnie. Gdy wyciągnęła z kieszeni lizaka i wręczyła chłopcu ten poskoczył wysoko do góry rzucając się jej na szyję. Jego mama w podzięce pogłaskała ją czule po głowie. – Właśnie dla takich chwil warto to robić – przekonuje.

1 marca Monika wraz z przyjaciółmi po raz czwarty dotarła do Afryki. Tym razem to były jej drugie odwiedziny w zambijskim slamsie. Wyjazd się sporo przesunął w czasie ze względu na epidemię cholery, która wybuchła w wiosce Lusace. Tym razem mieszkanka Okleśnej zbierała pieniądze na ławki i laptopy. – Rok temu, również dzięki darczyńcom, zawiozłam tam 15 laptopów. To dało dzieciom możliwość nauki podstaw komputera. Jest to fenomenem w tamtejszej okolicy – podkreśla kobieta dodając, że nadal jednak brakuje tam wszystkiego.- Dzieci w ciemnych salach siedzą po trzy, cztery osoby w dwuosobowych ławkach, a za tablice służy im wyblakła, czarna “plama” na ścianie – zaznacza. Teraz dzięki Monice dzieci nie ściskają się już podczas lekcji. Mają nowe ławki.

Monika przywiozła m.in. sprawne telefony komórkowe dla jednej z tamtejszych kobiet, która marzyła o otwarciu własnej firmy. – Chce je sprzedawać, a za zarobione pieniądze kupić proszek do prania czy węgiel – opowiada.

Przez zambijskie dzieci została okrzyknięta „Teacher Moniką”, czyli Moniką nauczycielką. Obsypywały ją milionami pytań o kraj, w którym mieszka. Raz mały chłopczyk szepnął jej do ucha, że chciałby z nią jechać do Polski. – Zapytałam go co byś tam robił? Odpowiedział – zjadłbym sobie coś – wspomina ze smutkiem dodając, że w tamtejszych dzieciach najlepsze jest to, że niczego nie oczekują. – Byłam dla nich „ teacher Moniką „ która przynosi na lekcje kredki , czyste kartki , książki – podkreśla. – Na zajęciach panowała absolutna cisza. Tak były wdzięczne. A gdy uczyły się obsługi komputera to widać jak rządne są tej wiedzy. To jest najlepsze uczucie – dodaje. Smuci ją, że nie jest w stanie wszystkim pomóc.

Tam nie daje się dzieciom cukierków. Dasz dziesięcinom to za chwilę zbiegnie się tłum dwustu – tłumaczy.

Pomysłów na wywołanie uśmiechu w oczach dzieci jej jednak nigdy nie brakowało. Wraz z dziewczynami przywiozła projektor. – Zrobiliśmy wspólnie bilety, uprażyliśmy popcorn i wyświetlaliśmy filmy udając, że jesteśmy w kinie. Było super – uśmiecha się na wspomnienie.

To już będzie moja misja na całe życie – wyznaje. Chciałaby jednak następnym razem jechać w głąb Afryki. – Tam, gdzie głód i bieda są jeszcze większe, gdzie często ludzie nie mają dostępu do wody – precyzuje. Obawia się, czy sprosta takiemu wyzwaniu, czy da radę psychicznie to udźwignąć.

Z każdym wyjazdem staję się jednak mocniejsza, dojrzalsza – zauważa. Przykro jej gdy ludzie pytają dlaczego pomaga akurat dzieciom z Afryki, a nie na przykład chorym z jej miejscowości czy województwa. – To nieuczciwe, tym bardziej, że większość ludzi naprawdę nie robi nic dla drugiego człowieka. Ja wybrałam taką drogę bo tak podpowiada mi serce – ucina. Liczy, że grupa wolontariuszy chętnych do wsparcia finansowego oraz pomocy tam, na miejscu będzie stale się powiększać. Wszystkich zainteresowanych jej Misją Serca odsyła na facebookowa (Misja Serca Kenia). Tam można znaleźć nie tylko garść informacji o jej działalności, numery konta dla hojnych darczyńców, ale też relacje wideo i zdjęcia z jej odwiedzin w afrykańskich wioskach.

Więcej zdjęć i filmików z pobytu Moniki Wojtoń w Zambii można zobaczyć także na naszej facebookowej stronie: Gazeta Trzebińska.

Magdalena Balicka

Kategorie
Gazeta Trzebinska Pomysły Rozrywka

Cupping czyli jak testować i siorbać kawę w Chrzanowie

Chrzanów. Premierowy w powiecie profesjonalny warsztat z techniki degustacji kawy – tzw cupping, na swoje pierwsze urodziny przygotowała chrzanowska kawiarnia Zapach Kawy zlokalizowana przy Alei Henryka 24 . Jej właściciel Wojciech Szymański wraz z Iką Graboń – specjalistką i autorką książki “Kawa- instrukcja obsługi najpopularniejszego napoju na świecie” zaprezentowali przybyłym uczestnikom m.in. alternatywne sposoby parzenia kawy,  możliwość określenia profilów smakowych i aromatów kaw oraz porównanie i zestawienie ze sobą różnych ich rodzajów i odmian. Swoją pasję i miłość do tych czerwonych owoców przekuli w dobrze prosperujący biznes.

Czym jest cupping i co ma na celu. Jak wyjaśnia Ika Graboń –  idea cuppingu powstała, ponieważ każdy z nas ma inny smak i należało ujednolicić  ocenę kawy. Aby można było w obiektywny sposób ocenić czy kawa jest dobrej, czy posiada defekty. Oceniamy również posmak na języku, który pozostaje po spróbowaniu kawy. Aromaty drewna, węgla, chemiczne, medyczne, a nawet odzwierzęce – to są defekty smaków i aromatów kawy. Pożądane aromaty są owocowe, kwiatowe, orzechowe, czekoladowe. Na świecie jest trend, modna trzecia fala kawy – kawy wyższej jakości, jaśniej palone dla wydobycia posmaków owocowych. Wojtek zauważa bardzo duży zwrot ku kawom speciality. –  Idziemy z ogólnoświatowym nurtem III fali kawy, która kładzie nacisk na wyższą jakość kawy. Kawa speciality jest kawą wysokiej jakości, wolna od jakichkolwiek defektów, o czystym smaku i zapachu. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni, a nawet nauczeni do picia kawy czarnej, intensywnej, oleistej i gorzkiej, a nie kawy jasno palonej czy właśnie owocowe, wytrawnej. Świadomość kawy, jej rodzajów i metod przygotowania jest dużo większa. Jeszcze 6-7 lat temu byliśmy w innym miejscu. W mentalności funkcjonowały głównie dwie formy przyrządzania kaw: z ekspresu ciśnieniowego lub przelewowa. Nie było mowy o konkretnych rodzajach ziarna. Dobrym przykładem zmian jest kawa typu single, czyli ta z jednego zbioru i z jednego gatunku, niemieszana. Kiedyś sprzedanie jej było wyczynem. Dla większości była to mówiąc potocznie lura. W tej chwili osiąga porównywalny stopień sprzedaży w kawiarniach co kawa komercyjna. Świadomość bardzo szybko rośnie – mówi Ika Gaboń.

Wojciech Szymański  to bez wątpienia — jak sam siebie określa pasjonat i wariat kawowym. Intensywnie uczestniczy w prestiżowych konkursach i eventach z branży kawowej. Wracając do początków.  Dlaczego Chrzanów? – Przypadek. Bardzo często tutaj bywałem w różnych restauracjach, szkoląc i ucząc odpowiedniego przygotowywania kaw. Kolega pokazał mi dworek, w którym mieści się obecnie kawiarnia, oraz przedstawił jej  fantastyczną historią mocno związana właśnie z kawiarnią i cukiernią. Wybór był jasny. Druga kwestia jest taka, że zauważalny jest brak odpowiedniego miejsca z dobrej jakości kawą, dlatego swoją pasję chciałem przelać akurat tutaj. Podobnych miejsc w małych miejscowościach po prostu brak. Chciałem poszerzyć działalność o dobre kawy i różne jej formy przygotowania. Kultura picia kawy przechodzi obecnie renesans.

Niegdyś zdeprecjonowana, później co najwyższej dostępna miernej jakości w sieciówkach. Przez pryzmat roku działania w powiecie, jakiem kawy są najbardziej popularne i jaka jest świadomość konsumentów — Kawy mleczne. Cappucino, latte macchiato. Jednak byłem bardzo zaskoczony na targach w Mediolanie, gdzie włoskie palarnie zaczynają oferować dużo jaśniej palone kawy i kawy jednorodne typu single. Stanowi to dowód na, że coraz popularniejsza staje się kawa wytrawna, owocowa. W Polsce coraz częściej spotykamy w kawiarniach jasno palone, wysokiej jakości ziarna kaw.

Cupping można by porównać do pracy sommeliera?

– Jest to bardzo zbliżone do degustacji wina. W palarniach ocenia się wizualnie czy nie ma defektów. Defekty to np. patyczki, kamyki całe owoce niewyciągnięte z miażu. Mogą się pojawiać dziurki po insektach, a to zmienia bardzo smak kawy. Ma to swoją charakterystykę w filiżance. Kawowce rosnące na zanieczyszczonych terenach smakują, a nawet pachną śmieciarką. Wtedy można kawę mocno wypalić, a nawet spalić i sprzedać jako kawa french rost. Kawa komercyjna może zawierać nawet 100 defektów na 300 ziaren. – tłumaczy Ika Gaboń.

Napisałaś książkę. Skąd ta pasja i zamiłowanie do kawy?

– Kiedy kilka lat temu szukałam swojego miejsca i tego co mogłabym robić, zrobiłam listę rzeczy, którymi chcę się w życiu zająć. Na tej liście była tylko kawa. Co gorsza, lubiłam ją tylko pić i nie wiele o niej wiedziałam. Mogłam być baristą i tę kawę przygotowywać dla innych. Dowiedziałam się, że można ją wypalać. Zaczęłam się szkolić, ćwiczyć sensorykę. Myślałam, że odnajdę się w latte art. Ale to sensoryka stała się moim konikiem.

Wojtku Twoja aktywnośc jest imponującą.  Jeździsz po świecie, będąc uczestnikiem warsztatów, szkoleń. Poszukujesz ziaren kaw, które sprowadzasz. Jak Polacy wypadają w światowym rankingu?

– Wypadamy bardzo dobrze. Mamy w Polsce kilku Qgardnerów, czyli osoby oceniające na plantacji jakość surowca. Mamy doskonałych sędziów międzynarodowych czy trenerów. Mamy baristów osiągających wysokie miejsca w zawodach międzynardowych takich jak np. Agnieszka Rojewska, która zajęła III miejsce w latte art. W niektórych metodach alternatywnych parzenia kaw, osiągamy pierwsze miejsca. Branża kawowa działa bardzo dobrze jeżeli chodzi o profesjonalizm.

Kawiarnie butikowe mają szanse wygrać. To kwestia targetu. Osoby zakładające mniejsze kawiarnie chcą być naturalnym uzupełnieniem dużej sieciowej kawiarni.  Kawa speciality ma tylko kilka procent rynku światowego. W takich miejscowościach jak Chrzanów czy Trzebinia daje się przykład, że dobra kawa nie jest tylko zarezerwowana dla dużych ośrodków miejskich jak Kraków czy Warszawa. W Zapachu Kawy możemy skosztować wszystkich alternatyw, a Wojtek ściąga ziarno z wielu palarni na całym świecie. I pomimo że nie wszystkie kawy muszą nam smakować jak, chociażby o aromacie truskawek czy cytrusów, to przynajmniej można ich spróbować na miejscu.

Filip Lach

Kategorie
Gazeta Trzebinska Rozrywka

Książka. Meczet Notre Dame 2048 – recenzja

Pozycja dla miłośników post apokaliptycznego klimatu. Paryż. Rok 2048. Muzułmanie przejęli rządy w Europie Zachodniej. Religia katolicka oficjalnie nie istnieje, a ostatni chrześcijanie mieszkają w gettach. Państwową religią z dnia na dzień staje się islam. Jak uniknąć ponurej przyszłości, która szybko nas wyprzedza. Czy to możliwe?

Elena Chudinowa poważnie traktuje trwającą transformację Europy w Eurabię ​​- Muzułmancję Europy. Jej powieścią jest Paryż w roku 2048. Muzułmańskie dzieci imigrantów, które stanowiły 40-50% populacji w wieku poniżej 20 lat w wielu francuskich miastach w 2005 r., wyrosły, zagłosowały na siebie, ustanowiły Islam jako religię państwową. Francja narzuciła rygorystyczne prawo szariackie na wszystkich Francuzów i zamieniła katedrę Notre Dame w meczet. Francuzi, którzy nie nawrócili się na islam, są zamknięci w gettach. Katedra Notre Dame de Paris zamieniła się w meczet Al-Frankoni. Kościół katolicki, który na początku muzułmańskiej ekspansji stał się “parodią samego siebie”, upada. Pozostają tylko katolicy tradycjonaliści z Bractwa Św. Piusa X i wracają do katakumb. Liczni członkowie Resistance – maquis – nadal walczą. Bohaterowie powieści obwiniają upadek Europy o liberalizm, ateizm, tolerancję, upadek autorytetu i wydrążenie Kościoła katolickiego poprzez reformy Soboru Watykańskiego II. Po tym, jak dowiadują się o zbliżającej się krwawej likwidacji niemuzułmańskich gett, łączą siły z ostatnimi katolikami, którzy przejęli Notre Dame.

Pikanterii powinny dodać dwa fakty związane z książką. Autorka swoją powieść wydaje w roku 2005, staje się ona bestsellerem w Rosji, jednak polityczna poprawność infekuje Rosję tak samo jak USA, dlatego książka Chudinewy została histerycznie potępiona przez głównych przywódców rosyjskiego Kościoła prawosławnego. Arcykapłan Georgiy Mitrofanov z prestiżowego Seminarium Teologicznego w Petersburgu jest typowym przykładem, który obawia się, że książka promuje “niechrześcijańskie fobie”. Mitrofanov wyraźnie uznaje “antyislamizm” za zło na równi z antysemityzmem. W Polsce dopiero Wydawnictwo Varsovia postanawia przetłumaczyć książkę i zająć się jej promocją w roku 2012.

Kolejno, w mistrzowski jak dla mnie sposób staje się medium dla wydarzeń, które mają miejsce wraz z wielkim kryzysem migracyjnym, wg Eurostatu przypadającego na rok 2015. Według autorki jest to tylko fikcja literacka i służyć ma jedynie rozrywce intelektualnej. Ale czy na pewno?

Filip Lach

Kategorie
Aktualności Gazeta Trzebinska Rozrywka

Projekt Gentleman – sztuka barberingu w Chrzanowie

Barbering do tej pory zapomniana sztuka kultywowana przez najstarszych fryzjerów, aktualnie przeżywa renesans. Chrzanów nie odstępuje światowego trendu i na swojej mapie salonów fryzjerskich posiada miejsce, w którym panowie mogą zażyczyć sobie gorący ręcznik, a potem golenie brzytwą.

Barbering to właściwie cała kultura, nowoczesny styl w klasycznym wydaniu. Powrót do przeszłości, bo tak należy nazwać ten fenomen. Niegdyś standardowa usługa w każdym salonie, dzisiaj sztuka nadawania nowych form, oryginalnych kształtów i radykalnej zmiany wizerunku. Wizyta w takich miejscach to również spora dawka wiedzy, a każdy brodacz wie, ile wysiłku, czasu i kosmetyków należy włożyć w perfekcyjnie dopracowany zarost.

Rozmowa z Łukaszem Janikiem z LUCKY Barber Shop w Chrzanowie

Skąd się wziął pomysł na projekt “Gentleman “?

– Nie ukrywam, ze najlepsze pomysły rodzą się wtedy, gdy wracam do domu po pracy, gdzie czeka na mnie żona, a ja mogę opowiedzieć jej cały mój dzień i podzielić się z nią myślami. Mam wówczas chwile, by odsapnąć i zastanowić się, jak jeszcze usprawnić usługi i co mogę zrobić, żeby to właśnie klienci byli z nich bardziej zadowoleni – mówi Łukasz Janik z LUCKY Barber shop z Chrzanowa.

Na pierwszy rzut oka plan wydaje się być banalnie prosty — robimy konkurs, z którego wyłaniamy zwycięzców. Ale są to tylko pozory. Idea projektu jest nieco bardziej złożona. Zadaniem golibrody jest wykonać jak najlepszą pracę, która polega na metamorfozie wizerunku osób biorących udział w przedsięwzięciu. Każdy z uczestników traktowany jest indywidualnie i stanowi spore wyzwanie.

Co odróżnia Projekt “Gentleman” od standardowego konkursu ?

-To fakt, że jury stanowią ludzie. Mają szanse wyłonić swojego faworyta. To oni, jako widzowie forum, oceniają moje prace, a także mają prawo poddać je krytyce. Jest to dla mnie również istotne, gdyż dzięki temu mogę stale poprawiać swój warsztat pracy. Nie ma tu głosowania, a ja nie jestem osobą decyzyjną w kwestii zwycięzcy Projektu „Gentleman”. Celem jest wyłonienie metamorfozy roku, która będzie wyznacznikiem dla trendów wizerunku.

Dlaczego salon dla mężczyzn?

– Jest kilka czynników, ale myślę, że taki najistotniejszy, to fakt, ze facetom brakowało właśnie takiego miejsca. Miejsca, gdzie mogą pogadać o wszystkim i o niczym. Miejsca, gdzie przede wszystkim będą czuć się swobodnie. Dla mnie bycie barberem jest w pewnym sensie wyróżnieniem. Mogę “przenieść ” klientów w świat tradycji i historii fryzjerstwa męskiego, a także z pasją opowiedzieć, na czym to polega. Ponadto dobrze ostrzyc, ogolić, doradzić oraz zadbać o image klienta. Nieodłącznym elementem mojej pracy jest dobra muzyka, która towarzyszy w moim salonie przez cały dzień i pozwala się totalnie wyluzować.

Nowoczesny mężczyzna to?

– Wróćmy do tego, co cały czas opisuje. Według mnie taki mężczyzna powinien mieć w sobie trochę tradycyjnych nawyków, czyli tego, czego uczyli nas nasi dziadkowie, goląc się przed lustrem, używając do tego brzytwy, mydła i pędzla z borsuka. Powinni także dbać o swój zarost i włosy, bo to nasza wizytówka. Żyjemy w czasach, gdzie mamy dostęp do różnego rodzaju kosmetyków, które w tym pomagają. Nie bójmy się ich używać. Przede wszystkim tacy faceci powinni mocno stąpać po ziemi dbający o rodzinę, zdrowie.

Jakie masz plany na przyszłość swojego Barber Shopu?

W przyszłości planujemy rozwijać naszą firmę, dlatego dołożę wszelkich starań, by uskutecznić prace. Takich projektów, jak “Gentleman” będzie się pojawiać więcej. Pozwoli mi to wyciągnąć wnioski i pokaże, gdzie można coś poprawić. W planach mam wiele szkoleń, wyjazdów i pokazów-grafik jest napięty. A to, co daje mi największego kopa do dalszej pracy to konkursy, gdzie sam przed sobą i widzami walczę o dalsze marzenia. Przede mną październik — miesiąc pełen wyzwań. Najważniejszymi imprezami będą: – Targi Kosmetyczne i Fryzjerskie Uroda w Gdańsku (7-8.10.2017) – Mistrzostwa Polski w Warszawie na Targach Beauty Forum (21-22.10.2017) – Mistrzostwa Europy we Włoszech w Paestum koło Neapolu – są to Mistrzostwa federacji Confederation Mondiale de la Coiffure (CMC) (29-30.10.2017). Jest to dla mnie tym bardziej ważne wydarzenie, gdyż po raz pierwszy będę mógł startować za granica, gdzie zmierzę się z najlepszymi. – XVII Festiwal Fryzjerski Hair Fair w Katowicach ( 25-26.11.2017)

Kategorie
Aktualności Gazeta Trzebinska Rozrywka

Piotr Pater – realizm w rysunku

Trzebinianin Piotr Pater to młody pasjonat rysunku. 

House of Cards to niewątpliwie ważny element twórczości i inspiracji dla Piotra. Jego umiejętności były prezentowane między innymi na konkursie talentów Six-Art oraz laureacja w sprzączkach z IPNu. – Samym rysunkiem zajmuje się 5 lat, a przynajmniej w takim sensie, że robię to w sposób bardziej ambitny. Bowiem w czasach podstawówki może coś tam sobie rysowałem, tylko nie tak jak teraz – mówi Piotr. Pasja do tego typu twórczość narodziła się nagle, sama z siebie. Przyczynkiem do tego była chęć podpatrywania uzdolnionych ludzi i nabywanie chodź odrobiny wiedzy zawartej w tutorialach na kanałach YouTube – sam mogę coś ciekawego przygotować za pomocą kilku ołówków – dodaje. Rysunki są w stylu realistycznym, tzn. możliwie najlepiej odwzorowują prawdziwą twarz, miejsce bądź przedmiot. Wprawdzie jak sam mówi swoich prac czy kogokolwiek innego nie da się zrobić niepowtarzalnie. Nawet najlepiej odwzorowujące rysunki, nie oddają w pełni ducha danego rysownika. Spędzony nad pracami czas pochłania niekiedy tygodnia, a czasami miesiące. Niejednokrotnie prace „leżakowały” cały rok na dokończenie.

Co przyniósł ostatni rok?

– Za mną z ciekawszych osiągnięć jest wygrana w Six-Art w kategorii sztuk plastycznych  oraz laureacja w sprzączkach z IPNu. Nie wiem, co mnie czeka, na jakie konkursy się załapię, co mogę osiągnąć. Cieszę się z powodu wzrostu zainteresowania. Ktoś chce rysunek spod mojej ręki. Dostrzegają mnie ludzie, których nie znam, za sprawą udostępniania tego w świat poprzez np. Instagram. Na pewno coś się dzieje i będzie się działo dalej.

– Chciałbym pójść w kierunku, dzięki któremu nabiorę lepszego kunsztu. Wybranie się na Akademię Sztuk Pięknych jest takim celem dosyć pewnym. Oczywiście marzeniem może być zmontowanie sobie jakiegoś spoko domu. Nie żadna posiadłość człowieka z blizną. Do tego jeśli bym mógł to zrobić dzięki pasji to już w ogóle bajka, jednak samo rysowanie w obecnej formie to pasja amatorska, nie wiążę tego z życiem zawodowym. Jednak bardzo ciekawi mnie wejście w grafikę komputerową, co jest również perspektywiczne.

Priorytetem dla Piotrka jest ukończenie szkoły w zawodzie technik teleinformatyk w Związku Szkół Techniczno – Usługowych w Trzebini. Kolejne cele jak komentuje, realizował będzie z automatu.

Przed nim kilkudniowy wyjazd do Rumunii. Wystawa, której będzie jednym z wielu międzynarodowego grona uczestników, poświęci polskiemu oficerowi, który żywot zwieńczył w Katyniu. Nie zdradza jeszcze o kim  mowa. Cieszy go natomiast poznania kraju wina, tytoniu i rzymskich budowli.

Skąd pasja do tego, a nie innego nurtu w sztuce?

– Choć wyobraźnia w przypadku moich prac nie jest dominująca, wypiera ją raczej spostrzegawczość i przykucie uwagi do szczegółów. Z tego powodu, iż moje rysunki zwykle przedstawiają realistyczne odwzorowanie zdjęć, nie jest to poziom najwyższy z możliwych. Do tego mimo brnięcia tym dosyć powszechnym nurtem tworzenia obrazów można zobaczyć coś charakterystycznego w tym, co rysuję. Może w porównaniu do rysunków są gorsze lub lepsze, tak czy inaczej kreska prowadzona jest inaczej. Warstwy czy cieniowanie ma inny odbiór, każda praca każdego artysty różni się nawet mimo podobieństw – dodaje Piotr.